miraiceti
miraiceti.blog.interia.pl
Notki
Everybody wants a box of chocolates 2012-05-12
Był już „Doktor House”, był „Dexter”, „Luther”, „The killing” (w wersji oryginalnej, duńskiej bodajże), była „Rodzina Borgiów”, „Sherlock Holmes”, było „Lie to me”, wreszcie byli „Włatcy móch”.
Teraz zaś zachwycamy się z Cudowronkiem… „Pingwinami z Madagaskaru”. Z każdym odcinkiem tej krótkiej bajki o perypetiach zwierząt z nowojorskiego zoo stoję przed dylematem, którą z postaci lubię najbardziej. Wszystkie są jednakowo wyraziste i zabawne. Zarażeni przez Matusia sympatią do bohaterów, co i rusz bawimy się w grę „Dzisiaj jestem…” Marlenką na przykład (taką trochę naiwną, ale sympatyczną wydrzycą). Albo niewydarzonym królem Julianem (tak tak, tym od „Wyginam śmiało ciało”). Albo jednym z czterech odpałowych pingwinów.
Mamy przednią zabawę, gdy dla relaksu, przed zaśnięciem, zakutani w naszą mega wielką nową kołdrę zamiast „dorosłych” filmów, oglądamy… bajkę o Szeregowym, Rico, Kowalskim i Skipperze.

Nasza sroczka zniosła czwarte jajeczko i teraz trochę się uspokoiła. Siedzi bidulka na gnieździe i ogrzewa maleństwa w skorupkach. Pogoda jest bowiem ostatnio ich największym wrogiem. W naszym mieście jest dzisiaj zimno i deszczowo. W porównaniu z wczorajszym wilgotnym i bardzo ciepłym dniem, takim co to się do skóry lepi i burzę zapowiada, mamy zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Pewna pani powiedziała mi dzisiaj, że te skrajności pogodowe są bardzo uciążliwe. Miała rację.

Przeglądam zdjęcia z naszej zeszłotygodniowej rodzinnej wycieczki do Juraparku i uwierzyć nie mogę, że ja naprawdę spędziłam dobre siedem godzin za kierownicą. Dla wielu to pewnie żaden wyczyn, ja jednak – wzięta wówczas z zaskoczenia – ciągle próbuję w to uwierzyć. Przy okazji rozmarzam się nad naszymi przyszłymi wypadami. Ja naprawdę mam naturę obieżyświata. Przygodo-zbieraczki. Kolekcjonuję je namiętnie, każdego dnia próbując jakąś nietypową zaskakującą wzbogacającą mnie sytuację odbierać jak przygodę.
Pomyśleć, że gdybyśmy byli rodzicami córeczki, zamiast do parku dinozaurów pojechalibyśmy najprawdopodobniej pojeździć na… kucyku.
Jutro rodzinne świętowanie Mateuszkowych urodzinek. Przede mną zaś nowe kulinarne wyzwania. Przyznaję, z gotowania lubię tylko dwie rzeczy: dobre jedzenie (przygotowane przez kogoś innego) oraz wypróbowywanie nowych przepisów.

Tymczasem
Lift me like an olive branch 2012-05-08
Nasza młoda pica pica, czyli srocza mama, zniosła już trzy jasnozielone jajeczka. Cieszymy się całą naszą trójcą, bo to taki mały cud natury, którego doświadczamy, żyjąc przecież prawie w centrum całkiem dużego miasta.
Niespokojna ta nasza ptaszyna, płochliwa podfruwajka taka... Martwię się, że jej - zrozumiała w sumie - płochliwość podczas nocnych i wczesnoporannych przymrozków może doprowadzić do tragedii. Te jajeczka są takie maleńkie i kiedy na nie spoglądam przez okno z Mateuszkowego pokoiku, wydaje mi się, że sa takie kruche , takie delikatne...

A wokół zielone szaleństwo. Drzewa wibrują młodymi listkami i cieszą oko różnymi jej odcieniami. No i kwitną bzy! Jasnofioletowe, buraczkowe i moje najukochańsze... białe. Kiedy  w nagrzanym autobusie, dusznym i zatłoczonym, patrzę na pęk bzowych gałązek zerwanych przez jakąś niefrasobliwą paniusię, widzę, jak szybko omdlewają, jak żałośnie zwisają przewieszone przez jej ramię, to serce mi się kraje. O ileż piękniejsze są na drzewach! Ze sprężystymi listkami w kształcie serduszka, z drobnym intensywnie pachnącym kwiatostanem! Tak szybko tracą urodę po zerwaniu. Pytam się zatem, jaki jest sens ich zrywania i wiezienia przez całe miasto takie "półżywe"? Chyba nigdy się nie dowiem. Podobnie jak tego, dlaczego w okresie "komunijnym" jak grzyby po deszczu na ulicach polskich miast pojawiają się sprzedawcy  konwalii. Kwiatuszka będącego w naszym kraju pod ochroną przecież!

Kwitną bzy, a dla mnie i Cudowronka jest to sygnał, że zbliżają się urodziny Mateuszka. Piąte, w co nie mogę jakoś uwierzyć. Wczoraj spotkałam dawnego znajomego i zażartowaliśmy, że kiedy się poznaliśmy, on nie miał żony, a ja męża ani synka. Lata lecą, a mój "krzyżyk" między oczami - jak Synutek określa moją zmarszczkę między brwiami - coraz chętniej zadomawia się na mej twarzy. Któregoś dnia wielką zmarchą pozostanie tam już na zawsze.

Tymczasem
Sailing on the seven seas 2012-05-02
Moja kumpelka, Izu, swego czasu skorzystała z zaproszenia na obiad od pani Marysi, swojej opiekunki okołodoktoratowej, która ugościła ją (między innymi) ziemniaczkami wyhodowanymi w wiadrze na… balkonie.
A ponieważ martwi mnie trochę totalna „mieszczańskość” czy „miejskość” mego Synutka, dlatego namówiłam Go, abyśmy i my na balkonie posadzili ziemniaka. No i zrobiliśmy to tydzień temu. A teraz nasz ziemniak puścił już kilka zielonych łodyg i rośnie jak na drożdżach. Sama nie mogę uwierzyć, że to się naprawdę dzieje. Zastanawiamy się z Matusiem, czy przyleci do nas jakaś stonka. W końcu ziemniak na czwartym piętrze to nie lada smaczek.
Oprócz ziemniaka i innych pięknie kiełkujących roślinek, nasze serca raduje gniazdo, które tej wiosny pewna sroka zbudowała prawie na czubku jednej z rosnących za naszym blokiem sosen. Poniżej okna pokoju Synka. Na razie gniazdo jest puste, ale wraz z sąsiadami bardzo mocno kibicujemy naszej sroczej rodzinie i czekamy na małe pica pica. Przy okazji przyznam się, że zazdroszczę sąsiadce lornetki.

Tymczasem

Silicone! Saline! Poison! Inject me, baby 2012-04-30
 Nie leżeliśmy plackiem na słońcu. Nie zajadaliśmy się lodami. Nie pływaliśmy w przydomowym basenie. Nie urządziliśmy grill-party dla rodziny i przyjaciół. Nie spiekliśmy się na raczka podczas wyprawy rowerowej za miasto. 
W zamian za to całą trójcą jedliśmy cudowne kolacyjki na balkonie, obserwując błotniaki kołujące nad naszym mokradłem, podglądając psy-wilki sąsiadów z domków szeregowych, dziękczynienia zanosząc dzieciakom z naszej osiedlowej szkoły podstawowej, które w ramach jakiejś klasowej akcji zebrały śmieci z okolicy... Cementowa posadzka balkonu cudownie grzała nas w stópki, a trzmiele, bąki i inne bzyczące stworzenia co rusz obijały się o okno i nasze obnażone kolana. 
Nie lubię upałów. Lato ze swoim żarem mnie męczy.  Nie odnajduję żadnej przyjemności w wystawianiu swego obnażonego ciała na działanie promieni słonecznych, w jeżdzie rowerem czy marszu w skwarze. 
W tak gorące dni jak dzisiaj cieszy mnie - bardziej niż zwykle - uroczy półcień naszego domku, moje gołe stópki w kontakcie z zimną terakatą płytek kuchennych i łazienkowych, strój ala hawaje, stały dostęp do prysznica. 

Tymczasem
Zagryzając precelki z biedronki 2012-04-27
W tym tygodniu "Tygodnik Powszechny" przygotował wyjątkowo ciekawy numer. W artykule poświęconym cyberprzemocy, z jaką styka się prawie każdy uczeń będący użytkownikiem internetu, znajduję opowieść o pewnej nastolatce. Razem z kilka lat starszym chłopakiem, znaczy bojfrendem, wymieniali się rozbieranymi zdjęciami, a gdy się rozstali napuścili je na siebie w necie. Potem biedne dziewczę wpadło w jakąś fobię, która nawet  zmusiła ją na pewien czas do oddania się pod opiekę psychiatry, bowiem wydawało jej się, że każdy człowiek, z jakim się styka, widział te zdjęcia. I zna rozmiar jej upokorzenia.
Przyznaję, są takie momenty, kiedy i mnie roi się, że wszyscy moi obecni znajomi z różnych źródeł wiedzą o istnieniu tego dziennika, choć jego adresem podzieliłam się z kilkoma zaledwie osobami.
W tym momencie przypomina mi się klasa mojej sąsiadki, która o istnieniu tego blogu dowiedziała się dzięki publikacji na portalu poświęconemu naszemu miastu. Artykulik ów zaopatrzony był w zdjęcie zrobione podczas spotkania związanego z moją "Księgą Spotkań". Z. zamiast rzucić się w skryte czytanie moich zapisków, najpierw zadzwoniła z zapytaniem i gratulacjami. Dla mnie ważny był wówczas komunikat wpisany w telefoniczną rozmowę z nią. Między słowami mogłam bowiem usłyszeć "Czytam Cię, Miro". To takie klarowne, uczciwe, o czystych intencjach świadczące.

Tymczasem
Tonight we are young 2012-04-26
Dzisiaj słońce zaszalało. Jest przepięknie. Ciepło, słonecznie, wiosennie. Uwielbiam taką aurę pogodową. Wiatr rozwiewający moje włosy i rozchylający poły płaszcza, rozćwierkane ptaki, ruch w naturze...
Z okna autobusu powoli ruszającego z przystanku przyglądam się ICH pożegnaniu. Ona w różowych skarpetkach, On w dzikim krawacie i niedbale zapiętej koszuli. Skierowani ku sobie, ale jeszcze w okresie domysłów, niedopowiedzeń, przed-szeptów pospiesznych, wyznań gorących. Żegnają się na chodniku w pobliżu Planetarium. Ona maszeruje w stronę Hali Urania, On kieruje się w stronę starówki. Śledzę odległość, która powiększa się między nimi i zaklinam oboje w myślach: "Odwróć się! Odwróć się! No odwróć!!!"
Niestety, żadnego zawahania, zwolnienia kroku, niezdecydowania, tęsknoty wyrażającej się w ruchu głowy i spojrzeniu za siebie za odchodzącą/ odchodzącym. Kibicowałam im zaledwie przez kilka minut; może na fali podróżą wywołanego rozmarzenia zależało mi, aby to rozstanie miało jakiś ciąg dalszy. Czyjś niedosyt. Kiełkujące uczucie.
Szkoda, że się nie odwrócili.
"Dobrane pary wychodzą sobie naprzeciw" - te słowa z serialu "Ally McBeal" bodajże przez wiele miesięcy były mottem naszych spotkań. Kiedy natykaliśmy się z Cudowronkiem na siebie przypadkowo, acz tęsknie - wracając z pracy, biblioteki, zakupów.  I wtedy już razem, wierząc w interwencję Opatrzności sprzyjającej naszej bliskości, znikaliśmy w kawiarniano-knajpianych odmętach w lokalach na Starym Mieście, by oddać się gorącym dysputom okołoliterackim i spojrzeniom rozkochanych oczu.
Początki rodzącego się uczucia, ten okres nieśmiałych spotkań, spacerów, wymiany zdań, zwierzeń pierwszych, subtelnych dotyków... ta cała szczenięca miłość łączy w sobie fascynację i fatalizm. Pasję z grozą. Usilne pragnienie, aby oddać się kochanej osobie i jednocześnie, aby samemu ją posiąść. I obawa przed tym. Powierzam się tobie, ale i wystawiam na cios. A o ten przecież nietrudno. 
Przyszła wiosna, czas zakochanych i miłości szukających. Wypatruję ich każdego dnia z okien autobusu. Podglądam na przystankach. Kobiecie z tak zwanym bagażem w innej perspektywie jawi się relacja damsko-męska. Mniej tu niewinności, mniej naiwności podlotka. Patrzę na młode dziewczyny i szukam młodziutkiej siebie, którą kiedyś byłam. Z pamięci wygrzebuję jej marzenia skryte, jej pragnienia romantyczne...
Dobrze, że były.
Tymczasem
Touch me with your naked hand! Touch me with your glove! 2012-04-24
„Człowiek z czasem przywiązuje się do swoich złych wyborów, zwłaszcza jeśli ich prostowanie wymaga zbyt wielkiego wysiłku” – zatrzymuję się przy słowach Dubravki Ugrešić. Niczym pogłos w mojej głowie łomocze słowo „rezygnacja”. Jeden z głównych grzechów człowieka – pogodzenie się z beznadzieją, na jaką sam się skazał. Świadomie… nieświadomie… z przypadku… ze splotu niesprzyjających okoliczności… Nietrudno nabruździć sobie w życiu. Łatwo uwikłać się w relacje i uzależnienia od toksyn innych, „bliskich”, osób.
„Rezygnacja” z jednej strony. A z nią strach i siła wewnętrzna niewystarczająca do zburzenia rzeczywistości znanej, oswojonej. Nowe przecież przeraża. Nowe wymaga wysiłku. Nowe burzy stary porządek, a co nadejdzie, jest przecież nieznane, obce jeszcze.
„Bunt” z drugiej strony. Rewolucja. Burza. Walące się cegły, krew, pot, strupy, rany… I ofiary. Bunt, a z nim odwaga, determinacja, pewność. I kwiaty, które w końcu zawsze wyrastają na gruzach.

Słucham Leonarda Cohena i zastanawiam się na wyborami, których na przestrzeni lat dokonałam. Mam naturę buntowniczą. Torpeduję rzeczywistość, która mnie uwiera. Rozbijam świat, który mnie tłamsi. Nieustannie walczę. Cudowronek, kiedy zaczęliśmy planować wspólne życie, powiedział raz, że będzie trudno, bo mam głęboko (ostatnio podejrzewam nawet, że patologicznie) zakorzenione poczucie wolności.
Najwięcej bojów toczę sama ze sobą w sobie. Z wiekiem godzę się na propozycje świata wokół mnie. Łagodnieję? Być może. Mądrzeję bardziej, bo uczę się, że życie nie polega na przeforsowywaniu swoich racji. To trudna sztuka, lekcja współ-istnienia z innymi, ale podejmuję wysiłek dla świętego spokoju, do którego zawsze dążyłam.
W duszy jednak cieszy mnie moja własna buńczuczność. To że nie jestem uległa i nie mam natury konformisty. Że nie moszczę się wygodnie w świecie zaproponowanym, tylko sama go sobie aranżuję. Z mniejszym lub większym powodzeniem, ale jednak. Podejmuję ten wysiłek, jestem aktywna, godzę się na krew, pot i strupy…

Tymczasem
Dont U know? There is something I can feel when I breathe 2012-04-19
- A wiesz, mamo, że ciebie kocha nawet Azja i Erłopa?! – zakomunikował mi Matuś po zajęciach przedszkolnych, podczas których – domyślam się – dzieci uczyły się nowych piosenek bądź wierszyków z okazji Dnia Matki.
To była najmilsza rzecz, jaką wczoraj usłyszałam. Synutek przekazywał mi tę „nowinę” z takim przejęciem. Tak się przy tym cieszył, bo – oczywiście – uwierzył, że naprawdę JEGO mamę kochają Erłopejczycy i Azjaci.
Nie wiem, czy poradziłabym sobie z takim ogromem miłości.

Tymczasem

Ps. Lucynko droga, czy mogłybyśmy nasze filcowanie zorganizować 26 maja? Zaproszę wszystkie moje ukochane kobiety, wiedźmy czarowne, zrobię jakieś pyszne jedzenie… Będziemy sobie rozmawiały, popijały i kulki z filcu kręciły. Co ty na to? Hasło imprezy: Warm vanilla touch. Daj znać, czy ten termin Ci pasuje, to zacznę rozpuszczać wici. Uczcimy przy okazji Dzień Maci i moje urodziny. Na początku czerwca spodziewamy się bowiem z Cudowronkiem nalotu rodziny z zagranicy. To musi być zatem maj.
A przy okazji, czy podobał Ci się wiosenny upominek? Pozdrawiam serdecznie.
Wycinając papierowe anemony 2012-04-17
Rozkwitły nam kwiaty w domu. Wbrew kiepskiej pogodzie za oknem. Na przekór moim ostatnio zaniedbaniom. Tu czerwone, tam różowe, w kuchni zaś białe kwiaty. Nazw nie pamiętam; nie mam do nich głowy. Podobnie jak do nazwisk postaci historycznych, a nawet niektórych bohaterów literackich. Mogę o czymś opowiedzieć - o wydarzeniu historyczno-społecznym, filmie, spektaklu czy książce. Baa, całkiem niezła jestem w "opowiadaniu" wierszy (A Czesław Miłosz mówił, że się nie da. Da się, da  - zubożając, spłycając, jednakowoż da się sprowadzić poezję do poziomu prozy). O kwiatkach swoich też mogłabym co nieco poopowiadać. O fakturze liści, relacjach ze światłem i cieniem, o pragnieniu... Nazw jednakowoż nie mogę zapamiętać. Bo to taki encyklopedyzm, suchy fakt... Może powinnam nadawać swoim roślinkom imiona? Pseudonimy? Nicki?
Rozważając dziwna naturę swojej pamięci, nie mogę zapomnieć o pewnej innej, zupełnie przeciwnej jej właściwości. Otóż jestem świetna w zapamiętywaniu twarzy. Rozpoznam po latach. I, o dziwo, na ogół z imieniem. To jest okropna zaleta. Okropna, gdyż lubię ludzi podpatrywać, przyglądać się im, podglądać, obserwować bacznie, no i potem setki tych twarzy krąży w mojej głowie.
A zaleta, bo fajnie jest spotkać jakiegoś znajomka po latach i zaskoczyć go, kiedy podczas powitania, na ogół serdecznego (jakoś mam szczęście do otwartych i ciepłych ludzi), zwracam się do niego po imieniu. Mojego imienia na ogół nikt nie pamięta. W sumie nie dziwię się. Sama w zamieszłych szczenięco-nastoletnich czasach chciałam je wymazać z pamięci. I kombinowałam z nim na wszystkie strony.Na szczęście było minęło. Mirę kocham, a dzięki Cudowronkowi zachwycam się Mirsien i Miruchną.
Ot, takie rozmyślania o naturze pamięci. A miała być tylko bajka filozoficzna.

Czterech żebraków wyciągało rękę po datki przed wielkim meczetem. Pewien wychodzący ze świątyni człowiek ofiarował im jałmużnę, mówiąc:
- Weźcie tę monetę i kupcie coś, co jest według was smaczne.
- Wiem, co zrobimy - powiedział pierwszy z żebraków, który był Persem. - Kupimy za te pieniądze angour i rozdzielimy wśród nas czterech.
- Nie, nie - powiedział drugi żebrak, który był Arabem. - Ja chciałbym kupić inab.
- Nie ma o oczym mówić - powiedział trzeci żebrak, który był Turkiem. - Nie chcę angour, ani inab, kupmy uzum.
Czwarty żebrak był Grekiem i też nie zgadzał się z pozostałymi.
- Ja pragnę tego, co nazywa się stafil.
I tak ciągnęli dyskusję bez końca.
A tymczasem nic o tym nie wiedząc, każdy z nich żądał w swoim ojczystym języku tego samego: winogron. Chcieli pięknej kiści winogron dla zaspokojenia głodu i pragnienia.

Przy okazji przypomniało mi się, że wśród Olsztynian zagościło nowe słowo, właściwie epitet dotyczący smagłych studentów z Bliskiego Wschodu, którzy się pojawili w naszym mieście jakiś czas temu. Jest paskudne i pojąć nie mogę, jak szerokie ramiona ma ludzka głupota. I chamstwo. Jakże małym narodem jest ten, który swych gości o orientalnej urodzie określa mianem... ciabaty!

Miłego wieczoru.
Tymczasem
Pocałunek złożony na dłoni 2012-04-12
Rozmawiałam dzisiaj z pewnym uroczym starszym panem, który zgubił okulary. Sam, biedaczek, aż tak bardzo tego faktu nie przeżywał. Tym bardziej, że zguba się znalazła. Wyjawił jednak, że strasznie przeżywała ich zagubienie jego żona. I tak sobie pomyślałam po jego wyjściu, że my, kobiety, jesteśmy niezwykle sentymentalne, romantyczne i niefrasobliwe w okresie zakochania... I wyjątkowo pragmatyczne i przyziemne, kiedy stajemy się statecznymi żonami, matkami, gospodyniami domowymi, strażniczkami stada...
I nie wiem, jak bym się przed tą pragmatycznością broniła, przyznać muszę, że - oprócz przypadków, kiedy bujam w obłokach i widzę świat przez różowe okulary - jestem zaradna, gospodarna i zapobiegliwa.  Zauważam też, że im jestem starsza, tym mniej we mnie autentycznego szaleństwa, spontaniczności,... Starzeje się moje ciało, ale i duch statecznieje z wiekiem. Nie powiem, że bardzo szybko, że jakoś przeraźliwie, fakt jest faktem, że jednak.
Z drugiej jednakowoż strony, im jestem starsza, tym odważniejsza w swoich marzeniach, planach, wyborach... Wewnątrz jakby bardziej zakręcona. Bogatsza. I coraz mniej chce mi się tym z światem dzielić. Wiek nastoletni ma to do siebie, że co pomyśli, to zaraz przekazuje dalej. Opowiada, zwierza, powierza... Ja coraz starsza, rzadziej chcę o tym "rozpowiadać".

Takie zagubione okulary, a tyle rozmyślań.
Tymczasem
 

<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
 
Wymyśliłam projekt "Księga Spotkań".Ten zeszyt podróżuje zamiast mnie. Spotyka ludzi - na ławkach w parku, autobusie, sklepie... - i zbiera wpisy od nich.
Jeśli go znajdziesz, wpisz się i porzuć go w wybranym przez siebie miejscu publicznym.
Jeśli go znajdziesz, napisz do mnie.
Więcej o "Księdze" znajdziesz w Archiwum pod datą 27 maja 2010r.
O mnie
miraiceti
Słówko o mnie
Mnóstwo informacji o mnie znajdziesz na blogu. Chcesz więcej, zapytaj.
Zobacz mój profil
Archiwum
Rok 2012
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Księga gości
 
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
11058
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
246
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
14
Notki na blogu są mojego autorstwa
i tym samym moją własnością.
Kopiowanie ich bez mojej zgody
jest niezgodne z prawem.

Podstawa prawna: Dz.U. z 1994 nr 24, poz. 83
Sprostowanie: Dz.U. z 1994 nr 43.




Zobacz serwisy INTERIA.PL